Od czasu do czasu spotykam się na Forum Frondy i w innych miejscach z krytyką krytyki Zachodu formułowanej przez prawosławnych teologów i myślicieli. W tym fakcie nie ma oczywiście nic złego. Wydaje mi się jednak, że czasem tak wschodni krytycy Zachodu jak i zachodni krytycy wschodnich krytyków Zachodu wpadają w pułapkę tych samych intelektualnych stereotypów. O tym właśnie zamierzam dziś napisać parę słów.
Zacząć trzeba od prostego stwierdzenia, że krytyka „Zachodu” przez „Wschód” odbywa się w ramach i z użyciem narzędzi i metod intelektualnych, które przywykliśmy nazywać zachodnimi. Kiedy teologowie tacy jak Fłorowski, Romanides, Yannaras dokonują krytyki pewnych elementów teologii rzymskokatolickiej lub kultury zachodniej, to czynią to na sposób zachodni: dwaj pierwsi w mistrzowski sposób posługują się metodami zachodniej krytyki historycznej zaś Yannaras umiejętnie łączy postulaty teologii patrystycznej z elementami filozofii Heideggera i niektórych założeń poststrukturalizmu. Można więc powiedzieć, że mamy do czynienia ze sporem, który toczy się w ramach wielkiej zachodniej rodziny, tak wielkiej, że niektórzy jej członkowie zapominają lub całkiem zapomnieli o łączącym ich pokrewieństwie.
Społeczny i kulturowy mit założycielski cywilizacji Nowego Rzymu, opisany genialnie przez Runcimana w jego „Teokracji bizantyjskiej” nie uległ większym korektom przez ponad tysiąc lat, aż do upadku Konstantynopola. W przeciwieństwie do tej względnej stałości etosu bizantyjskiego na Zachodzie Europy począwszy od X wieku mamy serię rewolt kulturowych: reformy kluniackie, zachłyśnięcie się arystotelizmem, nominalizm, Reformacja i Kontrreformacja, Odrodzenie konstruujące sobie Nowy Antyk według własnego widzimisię, Oświecenie i wszystko, co się z niego urodziło, wreszcie współczesny nam postmodernizm. Mimo tej istotnej różnicy nie sądzę, żeby można było bez popadnięcia w totalne uproszczenia mówić o „bizantyjskim (greckim) Wschodzie” i „łacińskim Zachodzie”. Są to raczej dwie połowy Zachodu: poszukujący harmonii i nieraz ześlizgujący się w stagnację Zachód „wschodni” i bardziej dynamiczny Zachód „zachodni”. Łączy je wspólna kultura filozoficzna wywodząca się ze starożytnej Grecji i więź ta jest na tyle silna, że niweluje większość powstałych w biegu historii przeciwieństw. Obie połówki są do siebie bardziej podobne niż chcą to przyznać.
Żyjemy w czasach, w których nie da się już sformułować nowatorskiej krytyki zachodniej cywilizacji. Zachód – niezależnie od tego, co ukryjemy za tym semantycznym parawanem – został już dogłębnie skrytykowany z każdej możliwej strony. Być może jedynym nurtem intelektualnym, który pokusił się o krytykę Zachodu za pomocą metod i narzędzi niezachodnich jest tradycjonalizm integralny, przynajmniej w pracach niektórych jego przedstawicieli, ale i tego nie jestem pewien.
Ów zmysł samokrytyczny, ustawiczna niespokojna introspekcja (ciekawe, jak wielki wpływ na kształtowanie się tego zmysłu mają fundamentalne dla łacińskiej kultury „Wyznania” św. Augustyna), ma swoją ciemna stronę. Jest nią towarzyszący europejskiej myśli progresywizm, przekonanie, że historia zawsze wiedzie ku lepszemu. Trzy epoki Joachima z Fiore, odpowiadające trzem Boskim Osobom Trójcy, wieki Złoty, Ciemny i Odrodzenia Petrarki a później Gibbona, heglowskie teza, antyteza i synteza, Comte z jego podziałem dziejów ludzkości na okres zabobonu, metafizyki i nauki, wreszcie ugruntowany we współczesnej historiografii absurdalny podział historii na starożytną, średniowieczną i współczesną, wszystko to są przejawy tego samego, niespokojnego ducha „Zachodu” który od wieków poszukuje odpowiedzi na pytanie czym właściwie jest.
Jeśli istnieje dziś jakiś wspólny mianownik dla rożnych zachodnich prądów intelektualnych, to jest nim pytanie: co i dlaczego poszło źle? Romantyczni socjaldemokraci i niedobitki ideowych chadeków, feministki, chrześcijańscy tożsamościowy, zwolennicy Europy Stu Flag, imperioeuropejczycy, neomarksiści, trockiści, ci konserwatyści, którzy chcą konserwować coś innego poza partyjnymi przywilejami, monarchiści, libertarianie, anarchiści, dystrybucjoniści, neotomiści, postkantyści i poststrukturaliści, ordoliberałowie i wielu innych - wszyscy oni dokonują wiwisekcji Zachodu poszukując odpowiedzi na to pytanie. W tym sensie buntownikami przeciwko współczesności są nie tylko rewolucyjni reakcjoniści ale również postmoderniści tacy jak Foucault czy Derrida. A skoro nad takim pytaniem łamią sobie głowy najróżniejsi myśliciele „Zachodu” to dlaczego nie mogą się nim zająć także myśliciele „Wschodu”, którzy stykają się w końcu z tymi samymi problemami tyle, że widzą i oceniają je na swój sposób.
Trzeba zatem powiedzieć, że zarówno prawosławna krytyka Filioque lub antropologii św. Augustyna jak i formułowane przez ortodoksów takich jak Leontiew czy Rozanow krytyczne diagnozy „zachodniego Zachodu” nie są przejawem jakiegoś starcia cywilizacji lecz elementem ukochanego od wieków przez Europejczyków zajęcia, jakim jest konstruktywne lub jałowe ob… własnego gniazda.
A czym jest prawdziwy Zachód? Czy istnieje gdzieś w mrowiu „zachodów” fałszywych, ukryty niczym drogocenny kamień w stosie bezwartościowych świecidełek? Na to pytanie niech każdy czytelnik tej notki poszuka odpowiedzi sam.
autor: Studyta


Ostatnie komentarze