Od czasu do czasu spotykam się na Forum Frondy i w innych miejscach z krytyką krytyki Zachodu formułowanej przez prawosławnych teologów i myślicieli. W tym fakcie nie ma oczywiście nic złego. Wydaje mi się jednak, że czasem tak wschodni krytycy Zachodu jak i zachodni krytycy wschodnich krytyków Zachodu wpadają w pułapkę tych samych intelektualnych stereotypów. O tym właśnie zamierzam dziś napisać parę słów.

Zacząć trzeba od prostego stwierdzenia, że krytyka „Zachodu” przez „Wschód” odbywa się w ramach i z użyciem narzędzi i metod intelektualnych, które przywykliśmy nazywać zachodnimi. Kiedy teologowie tacy jak Fłorowski, Romanides, Yannaras dokonują krytyki pewnych elementów teologii rzymskokatolickiej lub kultury zachodniej, to czynią to na sposób zachodni: dwaj pierwsi w mistrzowski sposób posługują się metodami zachodniej krytyki historycznej zaś Yannaras umiejętnie łączy postulaty teologii patrystycznej z elementami filozofii Heideggera i niektórych założeń poststrukturalizmu. Można więc powiedzieć, że mamy do czynienia ze sporem, który toczy się w ramach wielkiej zachodniej rodziny, tak wielkiej, że niektórzy jej członkowie zapominają lub całkiem zapomnieli o łączącym ich pokrewieństwie.

Społeczny i kulturowy mit założycielski cywilizacji Nowego Rzymu, opisany genialnie przez Runcimana w jego „Teokracji bizantyjskiej” nie uległ większym korektom przez ponad tysiąc lat, aż do upadku Konstantynopola. W przeciwieństwie do tej względnej stałości etosu bizantyjskiego na Zachodzie Europy począwszy od X wieku mamy serię rewolt kulturowych: reformy kluniackie, zachłyśnięcie się arystotelizmem, nominalizm, Reformacja i Kontrreformacja, Odrodzenie konstruujące sobie Nowy Antyk według własnego widzimisię, Oświecenie i wszystko, co się z niego urodziło, wreszcie współczesny nam postmodernizm. Mimo tej istotnej różnicy nie sądzę, żeby można było bez popadnięcia w totalne uproszczenia mówić o „bizantyjskim (greckim) Wschodzie” i „łacińskim Zachodzie”. Są to raczej dwie połowy Zachodu: poszukujący harmonii i nieraz ześlizgujący się w stagnację Zachód „wschodni” i bardziej dynamiczny Zachód „zachodni”. Łączy je wspólna kultura filozoficzna wywodząca się ze starożytnej Grecji i więź ta jest na tyle silna, że niweluje większość powstałych w biegu historii przeciwieństw. Obie połówki są do siebie bardziej podobne niż chcą to przyznać.

Żyjemy w czasach, w których nie da się już sformułować nowatorskiej krytyki zachodniej cywilizacji. Zachód – niezależnie od tego, co ukryjemy za tym semantycznym parawanem – został już dogłębnie skrytykowany z każdej możliwej strony. Być może jedynym nurtem intelektualnym, który pokusił się o krytykę Zachodu za pomocą metod i narzędzi niezachodnich jest tradycjonalizm integralny, przynajmniej w pracach niektórych jego przedstawicieli, ale i tego nie jestem pewien.

Ów zmysł samokrytyczny, ustawiczna niespokojna introspekcja (ciekawe, jak wielki wpływ na kształtowanie się tego zmysłu mają fundamentalne dla łacińskiej kultury „Wyznania” św. Augustyna), ma swoją ciemna stronę. Jest nią towarzyszący europejskiej myśli progresywizm, przekonanie, że historia zawsze wiedzie ku lepszemu. Trzy epoki Joachima z Fiore, odpowiadające trzem Boskim Osobom Trójcy, wieki Złoty, Ciemny i Odrodzenia Petrarki a później Gibbona, heglowskie teza, antyteza i synteza, Comte z jego podziałem dziejów ludzkości na okres zabobonu, metafizyki i nauki, wreszcie ugruntowany we współczesnej historiografii absurdalny podział historii na starożytną, średniowieczną i współczesną, wszystko to są przejawy tego samego, niespokojnego ducha „Zachodu” który od wieków poszukuje odpowiedzi na pytanie czym właściwie jest.

Jeśli istnieje dziś jakiś wspólny mianownik dla rożnych zachodnich prądów intelektualnych, to jest nim pytanie: co i dlaczego poszło źle? Romantyczni socjaldemokraci i niedobitki ideowych chadeków, feministki, chrześcijańscy tożsamościowy, zwolennicy Europy Stu Flag, imperioeuropejczycy, neomarksiści, trockiści, ci konserwatyści, którzy chcą konserwować coś innego poza partyjnymi przywilejami, monarchiści, libertarianie, anarchiści, dystrybucjoniści, neotomiści, postkantyści i poststrukturaliści, ordoliberałowie i wielu innych - wszyscy oni dokonują wiwisekcji Zachodu poszukując odpowiedzi na to pytanie. W tym sensie buntownikami przeciwko współczesności są nie tylko rewolucyjni reakcjoniści ale również postmoderniści tacy jak Foucault czy Derrida. A skoro nad takim pytaniem łamią sobie głowy najróżniejsi myśliciele „Zachodu” to dlaczego nie mogą się nim zająć także myśliciele „Wschodu”, którzy stykają się w końcu z tymi samymi problemami tyle, że widzą i oceniają je na swój sposób.

Trzeba zatem powiedzieć, że zarówno prawosławna krytyka Filioque lub antropologii św. Augustyna jak i formułowane przez ortodoksów takich jak Leontiew czy Rozanow krytyczne diagnozy „zachodniego Zachodu” nie są przejawem jakiegoś starcia cywilizacji lecz elementem ukochanego od wieków przez Europejczyków zajęcia, jakim jest konstruktywne lub jałowe ob… własnego gniazda.

A czym jest prawdziwy Zachód? Czy istnieje gdzieś w mrowiu „zachodów” fałszywych, ukryty niczym drogocenny kamień w stosie bezwartościowych świecidełek? Na to pytanie niech każdy czytelnik tej notki poszuka odpowiedzi sam.

autor: Studyta

Na Forum Frondy w ciekawym wątku o Herbercie los napisał, że:

Estetyka proszę państwa jest najgłębszą tkanką naszej duszy. Najpierw dążymy do piękna, dobro i prawda interesują nas dopiero później.

Los ma niewątpliwie rację. W końcu grecki przymiotnik kalos znaczy zarówno piękny jak i dobry. Bóg widział, że to, co stworzył było „dobre” ale z pewnością było także „piękne”. Problem zaczyna się z chwilą kiedy zadamy sobie pytanie, co jest podstawą naszej estetyki, skąd wiemy co jest piękne – dobre a co złe – brzydkie. Jednej odpowiedzi nie znajdziemy nawet na obszarze sztuki chrześcijańskiej. Wiele napisano o tym, że sztuka religijna chrześcijańskiego Wschodu zachowała charakter sakralny i pozostała epifanią Boskości w świecie, podczas gdy sztuka zachodnia stała się z czasem zwykłym malarstwem i rzeźbą o tematyce religijnej.

Abstrahując od tych powszechnie już dziś znanych opinii można spojrzeć na różnice w sztuce chrześcijaństwa Wschodu i Zachodu w inny sposób. Stare herezje chrystologiczne zostały wprawdzie pokonane ale ich wpływ nigdy całkowicie nie wygasł, tlił się gdzieś na marginesie życia religijnego, poza obszarem oficjalnych definicji dogmatycznych. Wydaje mi się, choć nie podjąłbym się uzasadnić tego w sposób „naukowy”, że Zachód czasem skłaniał się ku pozostałościom nestorianizmu i stąd niespotykana w sztuce prawosławia fascynacja człowieczeństwem Chrystusa, jego ludzkim cierpieniem, stąd powykręcany w agonii Chrystus Grünewalda, stąd zupełnie różny odbiór Gibsonowskiej „Pasji” przez katolików i prawosławnych (uwaga, „inny” w tym wypadku nie musi oznaczać “krytyczny”). Porównanie obrazu Grünewalda z klasyczną ikoną Ukrzyżowania mistrza Dionizego pokazuje, że obu twórcom przyświecała zupełnie odmienna wizja teologiczna. Ale ktoś może wysunąć zarzut, że chrześcijański Wschód lubił czasem sobie poflirtować z resztkami monofizytyzmu. Kanoniczne ikony są niezwykle piękne a ich piękno wzrasta z poznaniem teologii, na której są ufundowane. Z drugiej strony komuś, kto nie zna tego zaplecza teologicznego i nie miał do czynienia z liturgicznym kultem ikon, mogą się one wydawać zbyt hieratyczne, uduchowione w sposób niedostępny percepcji zwykłego grzesznika, wręcz sterylne. Za mało w nich „ciała i krwi”, ludzkiej natury Chrystusa i świętych (oczywiście jako ortodoks wiem, że tak nie jest, ale wielu ludziom tak się wydaje, bo ukształtowała ich inna estetyka religijna).

A skoro już jestem przy temacie sztuki sakralnej, to napiszę parę słów o ikonie święta, do którego przygotowuje nas Wielki Post. Przez długi czas podstawowym wizerunkiem paschalnym w sztuce Kościoła było przedstawienie Chrystusa na krzyżu jako triumfującego Króla, zwykle z otwartymi oczami, na znak zwycięstwa nad śmiercią. Taka ikona towarzyszyła chrześcijanom i w Wielki Piątek i w Niedzielę Paschy. Istniało też inne przedstawienie związane ściśle ze Zmartwychwstaniem, wyobrażające niewiasty niosące wonności aby namaścić ciało Jezusa i znajdujące pusty grób i anioła zwiastującego radość.

 

 

Jednak stopniowo dla Zmartwychwstania Pańskiego wypracowano w Bizancjum nowy typ ikonograficzny, który zaczął rozpowszechniać się w IX wieku.

 

 

Ta ikona bardzo często ale nie do końca trafnie nazywana jest ikoną Zstąpienia do Otchłani. Niewątpliwie przedstawia ona Chrystusa zstępującego do Hadesu/Szeolu (teologia łacińska mówi tu raczej o limbus patrum) aby wyzwolić z niego dusze sprawiedliwych, którzy zmarli przed nadejściem Zbawiciela. Jednak właściwa nazwa ikony brzmi Anastasis, co po grecku oznacza po prostu podniesienie albo powstanie. Treścią ikony nie powinno więc być zstępowanie w dół ale wznoszenie się. Co więcej, zstąpienie duszy Chrystusa do Otchłani tradycyjnie związane jest z Wielką Sobotą a więc dniem poprzedzającym powstanie z grobu. Kto więc „powstaje” na tej ikonie? Odpowiedź brzmi: ludzkość, tematem ikony Anastasis jest podniesienie ludzkości od życia „w Adamie” do życia „w Chrystusie”. W tym właśnie sensie jest to ikona Paschy czyli przejścia od stanu „starego Adama” do stanu „Nowego Adama”. Chrystus wyciąga rękę pomagając powstać praojcu Adamowi. Ten trzyma Chrystusa za rękę ale jeszcze nie stoi. Ikona pokazuje w ten sposób, że zmartwychwstanie ludzkości od śmierci do życia jest i jednorazowym wydarzeniem i procesem, który trwać będzie aż do paruzji, bo dopiero wtedy ludzkość – Adam podniesie się w sposób ostateczny i nieodwołalny, do życia wiecznego.

autor: Studyta

Każdy świadomy konserwatysta, tradycjonalista, konserwatywny liberał, nacjonalista musi zauważyć, ze żyjemy w czasach permanentnego kryzysu cywilizacyjnego i kulturowego.

Stare formy upadły, demokraci, socjaliści, demoliberałowie, populiści i inne zgraje barbarzyńców nie tylko buszują po Mieście, one przejęły już władzę. Czy nie ma zatem nadziei? Zapewne nie ma, jak powiedziałby Oswald Spengler. W dzisiejszych czasach możemy być tylko pesymistami, którzy niczym żołnierz rzymski w Pompei, stoją do końca na swoim posterunku. Zawsze jednak musimy być gotowi do zrobienia wypadu na tereny wroga.

Kryzys został zdefiniowany, przez tak wielu myślicieli, od Tocquevilla, przez de Maistre, Bonalda, Donoso Corteza, Maurrasa, Jungera, Schmidta po Evolę, że nie muszę go opisywać, skoro wybitniejsi myśliciele zrobili to za mnie. Pozostaje jednak pytanie: co robić, jak działać?

Punkt pierwszy: zasady

Klub Zachowawczo-Monarchistyczny - czyli organizacja środkami zachowawczymi propagująca ideę królewską, rojalizm, monarchizm. No to zaczynamy. I co nas spotyka na wejściu? Pytanie: jakiego macie kandydata na króla? Berło i koronę już mu kupiliście? Dlaczego nie chodzicie w krótkich spodniach i pończochach, niczym arystokracji ze starych filmów? Czy do pracy dojeżdżacie powozami? Jakie macie tytuły szlacheckie? Dla dowartościowania siebie, kupiliście już sobie tytuł hrabiowski, wyrobiliście sygnet rodowy? Śmiech na sali, błazenada, właśnie uderzyliście w szklany sufit.

Kim jesteśmy? Tradycjonalistami. Prosta odpowiedź, w większości wierzymy w stałe zasady, które istnieją od zawsze, odkąd Pan Bóg stworzył świat. Honor, wierność, dyscyplina, lojalność, hierarchia, autorytet – słowa, którą brzmią jak stal - i jednocześnie idee, które dzięki tym zasadom chcemy osiągnąć: dobro, piękno, ład, porządek i rzecz ostateczna: zbawienie. Określa nas Tradycja, większości wypadków Tradycja Katolicka.

Gdybyśmy nie byli tradycjonalistami, a mielibyśmy ambicje działania w sferze politycznej, już dawno działalibyśmy w kolejnych partiach, zdobywalibyśmy stanowiska w hierarchii demoliberalnej. Jednak, czujemy obrzydzenie dla takich działań, które nie niosą żadnych pozytywnych treści. Co nam pozostaje? Działalność metapolityczna. Przywrócenie pojęciom ich właściwych znaczeń, przejęcie – choć częściowo, zwłaszcza wśród młodych, którzy mogą być zaczynem dla nowej elity – władzy kulturowej. Skoro nie mamy narzędzi politycznych, pozostają nam narzędzia metapolityczne.

Punkt drugi: człowiek jest panem form

Kim jesteśmy? Tradycjonalistami! Czy głosząc monarchizm i rojalizm, przekonamy kogoś dla naszych idei? Owszem, naiwnych idealistów, którzy wierzą w powrót króla na białym koniu. A dla większości pozostaniemy albo nadętymi bufonami albo śmiesznymi błaznami albo ludźmi, którzy maja nierówno pod sufitem.

Ernst Junger wyrzekł znamienne słowa: człowiek jest panem form. Określa nas treść, zasady, które mogą się urzeczywistnić pod różnymi formami, czy jest to władza zwierzchnia i auctoritas Senatu w Rzymie, sakralna monarchia średniowiecza, dyktatura królów absolutnych epoki nowożytnej, legitymizm XIX w., czy też ludowa kontrrewolucja, połączona z nacjonalizm, której ukoronowaniem jest dyktatura, w wieku XX.

To nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, jak zasady mogą być urzeczywistnione pod daną formą. Nie jesteśmy technikami władzy, ale tradycjonalistami, musimy jednak działać tak, jak pozwalają nam na to obecne czasy. A są to czasy rewolucji, modernizmu i postmodernizmu, dlatego aby urzeczywistnić nasze zasady musimy być nie „zachowawcami”, bo nie mamy niczego do zachowania, ale rewolucjonistami, antypostmodernistycznymi postmodernistami. Musimy szokować, wyśmiewać, ironizować, żadna z „wartości demokracji” nie może być oszczędzona, zamiast bajać o królach konstytucyjnych, obchodzić kolejne dziesięciolecia panowania Elżbiety II „z łaski ludu”, profanujmy cały świat rewolucyjny, wyśmiewajmy „prawa człowieka”, „tolerancję”, itd. A wszystko z nutką ironii, dystansu, a jednocześnie z akcentami, które powinny napawać grozą demoliberałów, socjalistów, „tolerancjonistów” i innych sługusów Rewolucji.

Punkt trzeci: do czego dążymy

O ile w Europie szansę na kontrrewolucję ludową, o której marzył Jose Antonio równają się zeru, to u nas szanse są większe. Niestety nie mamy środków, aby ‘rozgoryczenie’ ludu powiększyć, skierować w odpowiednie ramy. Natomiast mamy takie narzędzia, jak np. Internet, które pozwalają nam dotrzeć do młodych ludzi, którzy być może kiedyś znajdą się w ośrodkach decyzyjnych. To im musimy wpoić pewne zasady, które są kwintesencją tradycjonalizmu. Możemy jednak to zrobić jedynie za pomocą środków radykalnych, rewolucyjnych. Korona i berło oraz napawanie się „królewskością” Jana Karola II Wiarołomcy, nam w tym nie pomoże.

Neokonserwatyści w USA, z małej sekty stali się nową arystokracją imperialną, my nie musimy tak wysoko mierzyć. Obecnie stanowimy taka samą, małą sektę, mającą kilka-kilkanaście tys. zwolenników, wśród której znajdują się różne odłamy szeroko pojętej prawicy antydemoliberalnej, od konserwatystów przez nacjonalistów do konserwatywnych liberałów.

Łączy nas jedno, umiłowania stałych zasad, łączyć nas powinna rzecz druga - znalezienie takich środków, dzięki którym te zasady urzeczywistnimy, a w obecnym świecie te środki musza być rewolucyjne, radykalne. Trzeba nam zatem stworzyć formułę rewolucyjnego tradycjonalizmu, bowiem jak powiedział Evola, tradycjonalizm to w obecnych czasach najbardziej rewolucyjna ideologia.

autor: DMC

Kłamcy lubią używać sformułowań, że druga wojna światowa skończyła się wraz z kulą wystrzeloną w łeb Adofla Hitlera. Inne środowiska szukają zwycięstwa nad III Rzeszą w Japonii, gdzie Ameryka w dość łatwy sposób pokazała, kto jest panem frontu. Też kłamią. Mimo że tak naprawdę nie wiadomo, kto ową wojnę zakończył, lub też co drugą wojnę światową doprowadziło do końca, konformiści, podjudzani głosem z Zachodu i Wschodu, uznali to za fakt. Dochodzimy do paradoksu. Druga wojna się skończyła, ale wojna trwa nadal.

Śmierć imperatora rosyjskiego, podnoszący się z gruzów obóz Zachodni uznał za prezent, stosowny moment do podjęcia pierwszych działań wojennych we wciąż trwającej wojnie, zahamowanej jednym świstkiem papieru w postaci traktatu pokojowego. Podpisano więc kolejny traktat, zbudowano fundamenty nowej siły politycznej, gospodarczej oraz militarnej świata. Traktat ten będzie w przyszłości uznany za pierwszy ruch w kierunku odbudowy Europy po klęsce w jednej z bitew drugiej wojny światowej, bitwy o Berlin, poprzedzonej bitwami o Moskwę oraz Normandię, które mają przypomnieć, gdzie Rzesza poniosła najdotkliwsze porażki, zwiastujące jej klęskę. Traktat ten w wersji tajnej posiada hasła przewodnie: Europa, Obudowa, Wolność.

Pierwszymi budowniczymi nowej potęgi, przy nieustannie trwającej wojnie światowej, były potęgi gospodarcze minionego wieku, które w trakcie walk na froncie zostały dotkliwie poranione. Odczuwały dużą chęć zemsty i tylko one mogły w szybkim tempie podnieść się z gruzów, ponieważ były znacznie bardziej cywilizowane, niż kraje słowiańskie. Teoretycznie rzecz biorąc, to właśnie kraje słowiańskie powinny objąć we władanie owe powstające z martwych imperium, jako że podczas bitew drugiej wojny światowej ucierpiały najbardziej i tym samym dużo mocniej pragnęły zemsty na uzurpatorach. Powstał jeden problem - znalazły się po wpływem imperium wschodniego i miały chwilowo związane ręce. Rolę Ojców Założycieli przejęły państwa z najbogatszą kulturą europejską. Zamiar był taki, by pozbawić wpływów lub nawet zniszczyć imperium, które narzuciło zupełnie anty-wolnościowy system polityczny. Powstające z gruzów imperium europejskie wybrało więc drogę wspierania partyzantów i w ten sposób, dzięki poparciu innego z wielkich mocarstw, imperium anty-wolnościowe popadło w ruinę i było zmuszone odstąpić już nieco silniejszemu imperium europejskiemu skrawek ziemi. Na tym skrawku ręce Europejczyków sprawnie pomagały słabym, ubogim państwom słowiańskim stawać na nogi i zbliżać się do poziomu gospodarczego potęg europejskich. Naturalnie nie pozwalano im na sięgnięcie pułapu identycznego, gdyż uniemożliwiłoby to kontrolę nad owym „blokiem wschodnim”.

Od tego momentu blok potęg europejskich postanowił oddać pałeczkę nowo utworzonemu blokowi państw słowiańskich, by poczuły się w młodym imperium pewnie i, co najważniejsze, suwerennie. Kiedy państwa wyraziły sympatię do bloku potęg europejskich, pozwolono im szerzyć ideały imperialne na kolejnym skrawku ziemi post-imperialnej potęgi wschodu, państwa, które dotkliwie pobiło imperium europejskie pod Moskwą oraz Berlinem. Tak więc imperium rozpoczęło pierwsze bitwy trzeciej, nieformalnej wojny światowej. Bitwy, w które również nieformalny przywódca, arcyimperialny wasal imperium europejskiego, zaangażował się, od dawna zaznajomiony z ideą odbudowy imperium europejskiego. Pod postacią fikcyjnych dzieł, które nazwano NATO oraz ONZ, przyłożył się do niszczenia post-komunistycznych ugrupowań Europy Słowiańskiej. Powstająca wspólnota państw europejskich – tak właściwie należy ją na dzień dzisiejszy nazywać – rozpoczęła proces transformacji postkomunistycznych państw w fałszywy obraz krajów o ustroju demokratycznym, dlatego że owy ustrój opierający się na chwytliwych sloganach, stał się nową formą imperialną (która prędzej czy później ulegnie kolejnej transformacji). Tym sposobem ma zamiar poszerzyć Wspólnotę Europejską o kolejne pasmo krajów, formułując wielonarodowe mocarstwo demokratyczne o zamkniętych granicach, sięgające jednak po wpływy wschodnie. Tak więc wspiera dziwny ruch pomarańczowych ludzików, proponuje państwu o ustroju dyktatorskim, które stanowi przedmurze post-imperialnego państwa Wschodu, dotacje pieniężne, w zamian za demokratyzację urzędów i, co za tym idzie, odstąpienie od bloku państw post-komunistycznych. Na południu zaś, w planach mając zamknięcie Wspólnoty Europejskiej na Bałkanach, sięga po wpływy kraju muzułmańskiego, i kwestią czasu jest już, kiedy państwo muzułmańskie do Wspólnoty przystąpi. Jednocześnie władza religijna, wiodąca we Wspólnocie pod względem zróżnicowania wyznań wiary, kroczy drogą ekumenizmu, szukając z religią Mahometa dialogu. Bo Wspólnota musi być wszystkich.

Wszystkie te zdarzenia nie pozostają, co oczywiste, niezauważone. W tym samym czasie, świadome zagrożeń wynikających z powiększania się Wspólnoty Europejskiej, imperium arcydemokratyczne, skutecznie powiększa zasięg na terenach innych kontynentów – zyskując tym samym nowych sojuszników. Jednocześnie toczą się dyskusje między przedstawicielem tegoż imperium, a głową post-komunistycznej potęgi, mające na celu podkreślenie indywidualności jednego i drugiego, niezależności na świecie, co jest wymierzone we Wspólnotę Europejską. Imperator arcydemokratyczny ma bowiem nadzieję na umocnienie imperium wschodniego i powstrzymanie Wspólnoty od chęci powiększenia bloku państw europejskich. Toczą się dziwne rozmowy o rozmieszczenie urządzenia obronnego przed atakami terrorystycznymi, pierwsi chcą utrzymać wpływy w Europie, drudzy się tego obawiają, i wolą przesunąć urządzenie daleko na południe, w miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tak na wszelki wypadek, nigdy nie wiadomo, co się stanie w przyszłości…

autor: Freemind

Wyznanie wiary (politycznej)
Jest jeden postkonserwatyzm, a Tomasz Gabiś jest jego prorokiem.

Czy Reichstag płonie?
Guy Debord, lider Międzynarodówki Sytuacjonistycznej, uważał, że największą ambicją Systemu jest to, żeby tajni agenci stali się rewolucjonistami a rewolucjoniści tajnymi agentami. Historia zna przypadki dość głębokiej penetracji przez służby specjalne ruchów kontestatorskich. Co ciekawe nie zawsze powodowało to spacyfikowanie działalności owych buntowników. Tak jakby ktoś, gdzieś, zza kurtyny wydarzeń podejmował decyzję o aktywizacji lub, co najmniej nie przeszkadzaniu „poprawiaczom świata”. Mogło to być też związane z postępującym paraliżem władzy, która nie mogła już podejmować nawet tych decyzji, od których zależało jej trwanie. Przy czym to drugie nie wyklucza pierwszego. Postępujący kryzys lub zażarta walka o władzę mogą powodować, że w jakimś centrum decyzyjnym zapada decyzja o zmianie układu właśnie za pomocą ruchów kontestatorskich.

Zilustrujmy to pewnym hipotetycznym przykładem. Mamy oto średniej wielkości kraj. W wyniku pewnego światowego konfliktu na dość długi czas był on uzależniony od sąsiedniego mocarstwa, które zlikwidowało jego dawne elity, narzuciło mu władze i ustrój polityczny. W wyniku przemian politycznych kraj ów wyzwolił się z owej zależności. Jednak nadal decydujący wpływ na to, co się w nim dzieje mieli ludzie powiązani w taki czy inny sposób z dawnym reżymem. Mogli oni nawet tworzyć ugrupowania o różnym profilu ideologicznym. Ważna jednak dla nich była obrona status quo. Jednak odejście od starego ustroju gospodarki nakazowo-rozdzielczej do gospodarki kapitalistycznej oraz pewne zachodzące na całym świecie zmiany cywilizacyjne sprawiły, że duża część społeczeństwa nie czuła się zadowolona z tej transformacji. Nałożyły się na to również coraz ostrzejsze tarcia w łonie samej elity. Sytuacja zmierza, więc w stronę poważnego kryzysu, który może nawet grozić niekontrolowanym wybuchem niezadowolenia społecznego. Co można zrobić w tej sytuacji? Hipotetyczne Centrum Decyzyjne (dalej jako HCD) podejmuje decyzję o tym, że nadszedł czas roszady w ramach warstwy politycznej. Zostają ujawnione poważne afery kompromitujące osoby związane ze światem polityki, mediów i biznesu. Główne poparcie otrzymuje partia, która była opozycyjna wobec ostatniego układu rządowego, który w powszechnej świadomości był bardzo mocno powiązany z poprzednim ustrojem. Ta formacja i jej liderzy zostali namaszczeni na nowych zarządców kraju. Co prawda prezentują się oni jako opozycja wobec dawnego reżymu i obecnego stanu rzeczy, ale podkreślają, że są „partią cywilizowaną”, co oznacza, że nie zakwestionują tak naprawdę wypracowanego wcześniej Układu. Jednak wybory parlamentarne i prezydenckie wygrywa ugrupowanie polityczne, na którego czele stoją osoby postrzegane jak fundamentalni wrogowie owego Układu, w poprzedniej i obecnej jego formie. Popierają ich środowiska skrajnie wrogie wobec elity. Czyżby, więc poczynania HCD zostały zniweczone i doszło w tym kraju do czegoś w rodzaju rewolucji? Niekoniecznie. Otóż i ta partia może być tworem HCD albo została przejęta później przez odpowiednio umieszczoną tam agenturę. Jaki interes mogą mieć członkowie elity w tym by ich wrogowie rządzili w ich kraju? Kreowany przez media obraz nieudolnych rządów kontestatorów wzbudza głęboką nieufność społeczeństwa do takich ugrupowań. Równocześnie powoduje dezintegrację obozu buntowników, który zacznie się pogrążać w walkach frakcyjnych i wzajemnych pretensjach. Bardzo ważne też jest, że decyzje nowego rządu, które są zgodne z logiką opcji „walka z Układem” mogą doprowadzić do usunięcia ze sceny politycznej tej części elity, która jest zbyt skompromitowana lub nie przystaje do nowych warunków polityczno-społecznych. Ten rząd może też podjąć pewne potrzebne acz niepopularnie społecznie decyzje. Tak, więc z punktu HCD nie zawsze coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak klęska musi nią być. Kontestatorzy mogą spełniać rolę „pistoletów” czyszczących szeregi elity, a ich poczynania mogą stanowić dowód na potrzebę „oświeconych rządów”, czyli zgodnych z interesami dotychczasowych władców.

W ramach tej hipotetycznej sytuacji możemy też rozważyć inny wariant. Elita rządząca tym krajem jest niezdolna do samodzielnego rządzenia i jest klientelą zagranicznych państw. Tak, więc to, co przeciętny obywatel bierze za walkę pomiędzy partiami politycznymi jest w istocie walką frakcji obcych wywiadów. Postawienie na ugrupowanie kontestujące status quo państwa może być posunięciem, poprzez które jakaś zagraniczna potęga realizuje swoje geopolityczne zamiary.

autor: Dante

Anarcha.

Anarcha to internetowy zbiór myśli niepoprawnych politycznie. Autorzy tego zbioru to faszyści, anarchiści, chrześcijanie, konserwatyści, homofoby i inni, wyjęci spod liberalnego prawa twórcy niewykształceni. Ponieważ jesteśmy mało inteligentni, prezentujemy tu pisemne przemyślenia nie posiadające żadnej wartości artystycznej. Dlatego nie należy nas traktować poważnie.

Pozostańcie z nami. To jedyna droga, aby zostać człowiekiem mądrym.